Koniec bezstronnych mediów?

Published on: 15 października 2016

maszynadopisania2016

Bardziej boję się trzech gazet niż trzech tysięcy bagnetów.”

Napoleon Bonaparte

 

Studentów dziennikarska uczę, aby definicyjnie i intuicyjnie rozumieli stosowali i opisywali normy dotyczące uczciwości zawodowej, gdzie fundamentalną wręcz jest rzetelność dziennikarska. Uważam, że żyjemy w ciekawych czasach. Każdy dziennikarz stosuje w swojej pracy nowe nowe media. Stajemy się zatem blogerami, vlogerami, youtuberami, czyli wydawcami swoich autorskich treści, w taki sposób, że nie potrzebujemy drukarni, stacji nadawczych, a nawet redakcji – w rozumieniu tych struktur jeszcze sprzed 30. lat. Dzięki nowoczesnym technologiom komunikacyjnym,  pokolenie młodych sprawnych informatycznie ludzi, dostało się do głosu i skrupulatnie z tego potencjału technologi i własnej inwencji korzysta. Archaiczne prawo prasowe nie pasuje do dzisiejszych para-redakcji. Gdzie bowiem tytuł i jego sądowa rejestracja, gdzie powołany do swojej roli kompetentny i wykształcony w kierunku dziennikarstwa redaktor naczelny, gdzie siedziba redakcji, gdzie wreszcie wynikająca z pełnej wolności słowa odpowiedzialność? Nigdzie. A to głównie za przyczyną olbrzymiego zainteresowania do tworzenia, pisania, nagrywania, filmowania i udostępniania wszelakich treści, poprzez globalną sieć. Sieć, której – żeby ta moja deklaracja została jasno i czytelnie odebrana – struktura powinna być absolutnie wolna i pozbawiona wszelakich form cenzury prewencyjnej i represyjnej. Niemniej, czy wolność to możliwość głoszenia także treści niesprawdzonych, nieprawdziwych, obraźliwych, oskarżycielskich, czy wulgarnych? Znam trzy odpowiedzi. Pierwsza mówi, że jeśli chcesz, to publikujesz wszystko, co chcesz, ale musisz pamiętać, że może taka działalność powodować konieczność odpowiedzialności cywilnej, a czasem karnej. A za tym idą kosztowne odszkodowania. Dwa, że każdy dobrze wychowany kulturalny człowiek, szanuje innych ludzi, zatem publikuje prawdziwe informacje, które niezależnie od swoich umiejętności skrupulatnie i możliwie głęboko sprawdził i w razie takiej konieczności, chroniąc oczywiście swoje dziennikarskie źródła, jest je w stanie potwierdzić, szczególnie na zapytanie sądu. I po trzecie, grzecznie i miło pisze się o sprawach, które żadnych kontrowersji, roszczeń, zapytań – nie powodują.

Zatem spokojnie mogą tworzyć dziennikarze specjalizowani, szczególnie na modę, muzykę, ekonomię, czy choćby motoryzację. W gorszej sytuacji są dziennikarze opisujący problematykę społeczną, zdrowotną, prawną i gospodarczą. W położeniu nie-do-pozazdroszczenia są wszyscy dziennikarze, którzy przez wiele lat pisali o… polityce. Tak! Dlaczego to takie ważne, co piszą nam dziennikarze „polityczni”? Bowiem zwykle w ramach gatunków dziennikarskich, tworzą oni w obszarze nie informacji, a publicystyki. Komentują, oceniają, wysuwają tezy i sądzą. I przez wysuwane przez siebie samych, w swoich materiałach często dobrze brzmiące i sensowne argumenty, stają się wykluczani lub uwielbiani i to nie tylko przez odbiorców, czytelników, słuchaczy, widzów, ale i przez władze nadzorujące ich redakcję.

Stoimy przez epokową zmianą. Zmianą na starsze, a nie nowsze modele dziennikarstwa. Warto bowiem pamiętać, że obecnie dominujące w Polsce tzw. dziennikarstwo tożsamościowe, w historii mediów już było. Wieki całe temu, gdy dziennikarzami bywały osoby z tzw. elit, poprzez wówczas drukowane gazety, przekazywały one głównie teksty opiniotwórcze, w których w jawny sposób definiowały i promowały swoje własne osobiste poglądy. Często ówcześni dziennikarze byli wydawcami, czy wprost właścicielami gazet. Mając wpływy majątek, poważanie i chęć rozgłosu dla swoich myśli, tworzyły środki komunikowania, nie przejmując się rzetelnością, bezstronnością, dokładnym badaniem opisywanych zjawisk, zagadnień, sytuacji, problemów, tak aby poznać różne punkty widzenia i publikować argumenty tak samo za, jak i przeciw, często własnym tezom. Era internetu jest powrotem do tych założeń. Bo to bloger, vloger, youtuber jest twórcą i tworzywem. A będąc możliwie kontrowersyjny, tworzy sieć społecznościowych powiązań, przyciągając ludzi zainteresowanych takim, a nie innym, prezentowaniem treści w podanej formie. Różnica jest jednak dość widoczna i nieco komiczna. Dawni dziennikarze – magnaci – wydając swoją gazetę mieli pozycję i poważanie części chociaż społeczeństwa. Obecnie, z uwagi na powszechną dostępność technologii komunikacyjnych opartych o globalną sieć, tworzyć może niemal każdy. To duch czasów i moim zdaniem akurat dobrze, że tak się dzieje. W końcu to odbiorcy, czyli magiczny rynek, pozwala się takim dziennikarzom pojawiać, tworzyć, publikować. Niestety ten sam mechanizm wsadza na tron i z niego strąca. Wystarczy poświęć parę godzin i serfując po obszernym oceanie znanym, jako YouTube, odnotować jakie dokładnie kanały i z jaką konkretnie treścią, cieszą się zainteresowaniem. Czy nie dziwi, że zwykle naprawę znaczące wyniki wyświetleń, mają ci twórcy, którzy są najbardziej kontrowersyjni? Niestety te kontrowersje tworzy w Polsce nie to, o czym się mówi, a to jak się opowiada. Żenujące wprost bywają trafiające do dzieciaków przekazy, w których roi się od wszelkich odmian rynsztokowego języka i bulwarowych opowieści spod czerwonej latarni. A światowej sławy badacze mediów od lat przestrzegają – jakie macie popularne media, takie macie społeczeństwo.

Co jednak, jeśli i w szerokiej przestrzeni publicznej zaczyna brakować powszechnie dostępnych, często koncesjonowanych mediów o w miarę bezstronnym charakterze? Jak rozumieć zmiany zachodzące wśród telewidzów, czytelników i słuchaczy, którzy są odbiorcami komunikatów pochodzących z środków masowego przekazu, a stają się fanami lub wprost negują zasadność istnienia takiego, czy innego prasowego tytułu? W chwili obecnej wymagana jest od mediów wyrazistość poglądów, co kłóci się z ideą rzetelności dziennikarskiej. Ogólnokrajowe media mają charakter mediów tożsamościowych, czyli takich, które jasno opowiadają się za danym kierunkiem np. prowadzenia polityki. Polaryzacja społeczeństwa jest widoczna nie tylko w wynikach wyborów, ale i przede wszystkim, w sposobie tworzenia materiałów dziennikarskich przez czołowe media. Pierwszą linię jawnego podziału zarysowały media prawicowe, które same sobie stworzyły metkę niepodległościowych, wolnych, czy mediów drugiego obiegu. Po zmianie rządów i sił rządzących Polską, nie tyle wzajemne antagonizmy, co wprost walka medialna o dusze odbiorców, przybrała na sile. Dzisiaj nawet niewyrobiony telewidz, radiosłuchacz, czy czytelnik, jest w stanie celnie określić intencje dziennikarzy takiej, czy innej redakcji. To już nie subtelna podprogowa walka, a wojna o kolejne wyborcze dusze. Co więcej, wierni odbiorcy takich mediów, tak podawaną rzeczywistość odbierają za właściwą sobie rzeczywistość.

Media tożsamościowe przejęły zatem rolę publikatorów z przekazem wciąż i wciąż promocyjno-reklamowym, w których ta „szklanka jest zawsze dla nas do połowy pełna”, a dziennikarz, wydawca, reporter, prezenter ma w obszarze polityki, takie same poglądy, jak odbiorca. Co więcej, odbiorca godzi się na taką sytuację, bowiem nie zmienia kanału stacji czy tytułu ulubionej gazety. W tej jednak sytuacji środki komunikowania przestały być bezstronne. Takie media myślą za swoich odbiorców, powodując jednocześnie, że ci ostatni, bezkrytycznie zaczynają przyjmować każdy komunikat. Ułatwia to wiele procesów decyzyjnych, upraszcza życie i… buduje grupę wiernych wyborców. Antagonizując drugą stronę, zyskujemy w naszej walce całą rzeszę „towarzyszy boju”, a nie jak w teorii mediów się mawiało, krytycznych odbiorców, którzy mając swoje zdanie, często odmienne od zdania redakcji, są tylko czytelnikami. Uproszczę, przez jasno zbudowane czytelne komunikaty za lub przeciw takiej władzy, czy innej opozycji, zyskujemy zdecydowanych wyborców.

Media tożsamościowe nie udają. Są prawdziwe. Powodują, że jeśli jakiś odbiorca nie utożsamia się z ich przekazem, to z automatu, bez walki o statystykę pozycji naszej medialnej marki, oddajemy go innym. Warte podkreślenia, że media tożsamościowe nie są oceniane z pozycji ich redakcyjnego warsztatu, czy wykorzystywanych technologii. One po prostu są. Ułatwię jeszcze bardziej, z pewnym przekąsem przerysowując krążącą mi po głowie myśl. Wyobraź sobie, że jesteś wyznawczynią lub wyznawcą jakiejś religii. W Twoim mieście wychodzi jedna kiepsko robiona gazeta, skierowana tylko do tej wspólnoty, do której należysz. Twoi przyjaciele i znajomi ze wspólnoty pozyskują z tego wydawnictwa wiedzę. Ty też tak się zachowasz? Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że właśnie tak. Niemniej dotychczas obok takich mediów mieliśmy całą gamę mediów niezależnych od władzy, opozycji, czy innych sił. Mieliśmy sformatowane na daną tematykę stacje radiowe i profilowane telewizje. Mieliśmy wiele różnych gazet i czasopism. Jak te niezależne wydawnictwa będą się miały wówczas, gdy wkoło normą stanie się tworzenie ogólnopolskich mediów o jawnym zabarwieniu ideologicznym, w których dziennikarze będą głosić hasła propagandowe, a nie przekazywać informacje?

Moim zdaniem w obszarze mediów, sprawdza się nam stare chińskie powiedzenie… obyś żył w ciekawych czasach. I, co na marginesie, wydaje mi się najdziwniejsze, wszystkie te media dalej stanowią również biznes. To oznacza, że ich właściciele nie tylko mają swoje masy odbiorców – wyborców, ale mają też nasze, pochodzące z reklam pieniądze. Orwell się cieszy?

 

Share Button
Welcome , today is wtorek, 26 marca 2019